Micro Machines: World Series - pierwsze wrażenia

Micro Machines: World Series, to próba wskrzeszenia klasyka z 1991 roku. Jak każda próba wskrzeszenia nostalgicznych wspomnień, jest obarczona dużym ryzykiem niepowodzenia. Czy Codemasters udała się ta sztuka ? 


Nie będę owijał w bawełnę i od razu powiem, że niestety nie. Wielką siłą Micro Machines był klasyczny multiplayer. Rywalizacja z kumplem przy jednej konsoli. Niestety w nowej odsłonie nie wiedzieć czemu, twórcy postawili na nowoczesny multiplayer online. O jakimkolwiek trybie fabularnym dla pojedynczego gracza możecie zapomnieć. Twórcy do zabawy oddali nam 12 modeli pojazdów. Jest to dość mała ilość pojazdów i przydałoby się ich stanowczo więcej. 



Niestety także modele nie różnią się praktycznie niczym od siebie prócz walorów wizualnych. Nie dostrzegłem żadnych większych różnic w prowadzeniu poszczególnymi pojazdami. Czy to poduszkowiec czy ciężki czołg, prowadzi się je praktycznie tak samo. Ścigać będziemy się na kilku trasach. Na kuchennym blacie, na biurku, w ogrodzie czy na warsztatowym stole. Co do tras nie do końca wiem ile ich jest. Często powtarzały się w tych samych lokacjach.  



Najczęściej powtarzalną lokacją jaką napotkałem, to kuchnia w rożnych wariantach. Niestety trasy są dość proste i krótkie. Za to graficznie są bardzo ładne. Znajduje się na nich wiele obiektów. W kuchni mamy pełno produktów spożywczych, czy sprzętu gospodyni domowej. Na trasie napotkamy rozlane mleko, czy plamy kisielu. Po wjechaniu naszym pojazdem w taką maź,  tracimy na chwilę przyczepność. Nie są to jedyne przeszkody jakie napotkamy na trasie. W zależności gdzie odbywa się wyścig, napotkamy na przeróżne przeszkadzajki. Na trasie możemy także spotkać trzy rodzaje power upów, które mogą nam pomóc wygrać wyścig. Bombę, wielki młot i działko. 



Przejdźmy teraz do trybów rozgrywki. Dostępnych trybów mamy trzy. Elimination, free-for-all i race. Ostatniego chyba nikomu nie muszę tłumaczyć. Jest to po prostu najzwyklejszy wyścig. Elimination polega na wyeliminowaniu po kolei wszystkich przeciwników. Kamera podąża tylko za pierwszym pojazdem w wyścigu, pojazd który nie nadąży i zniknie z pola kamery zostaje wyeliminowany. Wygrywa ten, który w ten sposób wykończy wszystkich przeciwników. Natomiast Free-for-all, to walka pojazdów na małej arenie z wykorzystaniem przeróżnych broni i umiejętności. Każdy pojazd ma klika indywidualnych umiejętności specjalnych, które będziemy mogli wykorzystać podczas starcia. Niestety tryb ten jest dosyć chaotyczny, a niektóre umiejętności są niewłaściwie wyważone. 



I to niestety jest koniec, cały Micro Machines: World Series. Mam strasznie mieszane uczucia, co do tego tytułu. Szkoda, że twórcy nie pokusili się o zwykły tryb multiplayer, który dawał tyle frajdy i był największym atutem tej serii. Dlaczego Codemasters nie uczy się od Nintendo? Które wie, że w tego typu grach liczy się kontakt z żywym człowiekiem. Paradoksalnie w tytuł ten grało mi się dość przyjemnie, choć szybko dopadła mnie nuda. 

Komentarze